joombig banner rotation images

Menu

 

„Przed wojną to były matury” – takie słowa od swych profesorów niejednokrotnie słyszeli bełchatowscy licealiści, którzy do tego ważnego egzaminu podchodzili w latach 50., 60., 70., a nawet 80.

 

Od zawsze matura była czymś w rodzaju pasowania na człowieka inteligentnego, a świadectwo dojrzałości - kluczem do dorosłości. Przedwojenny egzamin maturalny dawał wstęp na studia, umożliwiał też otrzymanie państwowej posady. Co ważne, do szkół średnich – gimnazjów i liceów – chodziły dzieci z zamożnych domów. Taki luksus nie był dla wszystkich. Po wojnie niewiele się zmieniło. Najgorzej było na wsiach, gdzie bieda aż piszczała.

 

 

„Znoszę dla użytku zewnętrznego nazwę ZWZ – wszyscy żołnierze w czynnej służbie wojskowej w Kraju stanowią Armię Krajową” - tak brzmiał rozkaz Naczelnego Wodza Polskich Sił Zbrojnych gen. Władysława Sikorskiego z 14 lutego 1942 roku. Od tego dnia minęło 78 lat. Pamiętajmy, że ta najsilniejsza organizacja wojskowa Polskiego Państwa Podziemnego obecna była także w Bełchatowie.

 

Pierwszym dowódcą Armii Krajowej  został gen. Stefan Rowecki. W latach 1942-1944 w jej szeregach walczyło blisko 400 tys. żołnierzy. Swą działalność organizacja opierała na przedwojennych wzorcach Wojska Polskiego. Sabotaż, dywersja, wywiad i działania partyzanckie – każda forma oporu była lepsza od biernego przyglądania się temu, co się dzieje. W Bełchatowie komórki Podziemia zorganizowały się bardzo szybko. Część żołnierzy rekrutowała się m.in. z przedwojennego Strzelca.

 

 

 

 Mija właśnie 78 lat od powstania Armii Krajowej, najsilniejszej organizacji wojskowej Polskiego Państwa Podziemnego, obecnej także w Bełchatowie. Miejskie uroczystości upamiętniające to wydarzenie oraz bohaterstwo żołnierzy z naszego rejonu zaplanowano na marzec.

 

Dawniej choinki przyozdabiano w wigilijny poranek

Legenda głosi, że choinkę zawdzięczamy św. Bonifacemu, mnichowi z VIII w., ale pierwsze poświadczenia pochodzą z XV-wiecznych kazań. Wtedy jeszcze Kościół postrzegał świąteczne drzewka jako pogański obrzęd. Mimo to zwyczaj ten szybko zyskał popularność w całej Europie. Do Polski choinka przybyła z Niemiec na przełomie XIX i XX w. – najpierw do bogatych domów mieszczan, a później na wieś.

 

Na przestrzeni lat zmieniały się mody, trendy i sposoby ubierania świątecznego drzewka. Jakie wspomnienia z choinką mają bełchatowianie, czym dla nich była, jak ją ozdabiali kilkadziesiąt lat temu?

 

- Do miasta sprowadziliśmy się na początku lat 60. Byłam wtedy nastolatką. Całą zimę mieszkała u nas babcia. Przed świętami to ona przejmowała dowodzenie. W Wigilię już od rana rozstawiała nas po kątach. Tata skoro świt jechał po drzewko na targ przy ul. Pabianickiej, a my robiłyśmy ozdoby. Wtedy jeszcze bombek nie było. Siadałyśmy przy stole, wyciągałyśmy gromadzone przez cały rok sreberka, kolorowe papierki, wydmuszki, watę, źdźbła słomy. Babcia przynosiła z komórki jabłka, orzechy i szyszki. Przywiązywała sznureczki, a później ze słomy robiła gwiazdę betlejemską. Miała ona zapewniać szczęśliwe powroty o domu – opowiada pani Irena.

solidarność bawelnianka 2 1„Rada Państwa, w zgodzie z postanowieniami Konstytucji, wprowadziła dziś o północy stan wojenny na obszarze całego kraju” – te słowa Wojciecha Jaruzelskiego wypowiedziane 13 grudnia 38 lat temu były zapowiedzią wielu trudnych miesięcy. Bieda i terror to synonimy tego, co działo się w Polsce w latach 1981-1983. Jak ten czas wspominają bełchatowianie?

 

Do najbardziej widocznych przejawów oporu społecznego przed 13 grudnia 1981 r. należały strajki i demonstracje uliczne. W Bełchatowie podobnie jak w innych miastach dało się w tym czasie zauważyć wyraźny wzrost aktywności antykomunistycznej. Szczególnie widoczne to było w połowie lata. – Bardzo dobrze pamiętam jedno z zebrań zwołane przez Komisję Zakładową. Omawialiśmy szczegóły protestu, który zaplanowano na 29 lipca. Tej daty nie zapomnę. Mój syn właśnie tego dnia kończył cztery lata. Ponieważ to były wakacje, to moje dzieci, syn i starsza córka, większość czasu spędzały na pobliskiej wsi, u mojej mamusi. Myślałam, że po pracy wsiądziemy z mężem na pożyczoną od kolegi motorynkę i do nich pojedziemy, ale nie pojechaliśmy – mówi pani Teresa, która przez lata pracowała w BZPB.

 

Wspomniana demonstracja odbyła się zgodnie z planem. 29 lipca o godz. 16 z Placu Wolności wyruszyła kolumna oplakatowanych samochodów. Słychać było nie tylko warkot silników, ale też syreny i klaksony. Bełchatowianie przeszli ulicami: Kwiatową, 1 Maja, Kościuszki. Zatrzymali się pod Urzędem Miasta, gdzie wręczyli ówczesnym władzom żądania mieszkańców. Dotyczyły one przede wszystkim tragicznej sytuacji w sklepach, w których poza octem nie było niczego.

Boisko na tartaku, niepewny wynik, piłkarze w strojach od „Sassa do lasa”, zasady gry ustalane w trakcie starcia – tak z przymrużeniem oka przedstawić można to, od czego 90 lat temu rozpoczęła się bełchatowska przygoda z futbolem. Historii bełchatowskiej piłki poświęcono czerwcową galę jubileuszową.

 

W 1927 r. bracia Miętkiewiczowie zdobyli pompowaną powietrzem skórzaną piłkę i od tego momentu grano wszędzie, gdzie się dało. Amatorskie boiska wyrastały jak grzyby po deszczu: na Kozinach, Lipach, Binkowie, Czaplińcu, Targowicy i w Politanicach.


W latach 1929-1939 w mieście funkcjonowało kilka drużyn: Katolickie Stowarzyszenie Młodzieży, Robotniczy Klub Sportowy „Skra”, żydowskie kluby „Nordia” i „Hapoel” oraz „Jutrznia” i „Gwiazda”, które z czasem połączył się w jeden Żydowski Klub Sportowy. W lokalnej grupie C grały także „Strzelec” i ewangelicka Concordia. Zwycięzca wewnętrznego rankingu walczył następnie o wejście do grupy B.


Pierwszy oficjalny mecz w Bełchatowie rozegrano 26 maja 1929 r. na terenie dawnego tartaku, który mieścił się między al. Kaczkowskich (dziś 1 Maja) i ul. Kwiatową.

straz 2a4 maja obchodziliśmy święto strażaków. To oni każdego dnia walczą z ogniem, wodą i innymi zagrożeniami, a robią to Bogu na chwałę, ludziom na ratunek. Zawsze byli i nadal są wszędzie tam, gdzie człowiekowi dzieje się krzywda. Na swój strażacki etos pracowali od lat, także tu, w Bełchatowie, gdzie służą nieprzerwanie od 118 lat.

 

Pod koniec XIX w. bełchatowianie, obawiając się, że w wyniku pożarów stracą swoje domostwa i tkalnie, wystosowali do gubernatora piotrkowskiego pismo w sprawie utworzenia Stowarzyszenia Ogniowego. Argumenty były jak najbardziej zasadne. Wciąż żywa była pamięć o pożarze z 1842 r., który strawił prawie pół miasta. Proces legalizacji bełchatowskich ochotników zakończył się w sierpniu 1901 r.


Z budową remizy na Starym Rynku trzeba było czekać do 1905 r. Włodzimierz Rodziewicz, ks. Leon Zaremba z pastorem Edwardem Fiedler, Albert Hellwig, Jan Kempfi – to oni m.in. wystarali się o to, by w Bełchatowie powstała Straż Ogniowa - pierwsza w mieście i druga w powiecie. Poświęcenie kamienia węgielnego pod „nowo budującą się szopę strażacką i dom ludowy”, nastąpiło 4 lipca 1906 r., a już 18 listopada remizę przekazano do użytku. W ceglanym, nieotynkowanym, dwupiętrowym budynku ze spadzistym dachem były trzy wjazdy garażowe i sala widowiskowa. 20-metrową wieżę dobudowano w 1935 r.

 

Przez kilka dekad Jubilatka była ulubionym miejscem spotkań bełchatowianBył rok 1960, od 15 lat na bełchatowskim rynku króluje Powszechna Spółdzielnia Spożywców „Zgoda”. W jej ramach w październiku przy Pabianickiej 8 otworzono pierwszą restaurację z prawdziwego zdarzenia. Już nie trzeba było jeździć do Łodzi czy Piotrkowa, by zaznać nieco gastronomicznej kultury.

 
Jak mówią mieszkańcy, jesienią 1960 r. rozpoczęła się w Bełchatowie era Jubilatki. Przekraczając próg nowo wybudowanej siedziby PSS, wchodziło się niejako do innego świata: kawiarnia - na wprost, restauracja - w prawo. Długi hol, szatnia, ogromne lustra i wahadłowe drzwi – taki obraz utkwił w pamięci wielu bełchatowian.

 
Jedzenie? Pyzy z mięsem, śledź, wątróbka, flaczki. Były też tradycyjne obiady: pomidorówka, ziemniaki z mielonym czy schabowym. – Ale najlepszy był bigos. Nie zapomnę tego smaku – wspomina Lucjan, który do Bełchatowa przyjechał za pracą na początku lat 70. Do tego herbata, oczywiście w szklance bez ucha. Jak ją przenieść – to pytanie zawsze go nurtowało.

 

Wysoki, czerwony komin był charakterystycznym elementem każdej cegielni Dziś w Bełchatowie nie ma już wysokiego, czerwonego komina, widocznego niegdyś z każdego, nawet najbardziej odległego punktu miasta. Zniknął ponad 20 lat temu wraz z domiechowicką cegielnią.

 

Tę ważną dla rozwijającego się miasta cegielnię naukowcy nazwali reliktem okresu lokacyjnego (1737-1870). W XIX i XX w. zapotrzebowanie na materiał budulcowy stale rosło, a dolina Rakówki ze względu na występujące tu złoża gliny okazała się doskonałym miejscem.

 

Kiedy dokładnie powstała cegielnia, nie wiemy, ale na pewno funkcjonowała już w połowie XIX w. Jej obecność odnotował kartograf pracujący nad Topograficzną Kartą Królestwa Polskiego (1830-1843). Później, w 1936 r., wspomniał o niej w opisie miasta burmistrz Kazimierz Miętkiewicz.

 

W latach 60. kierownikiem cegielni został Eugeniusz Cyranowski. Funkcję tę pełnił przez kolejne 30 lat, do końca jej funkcjonowania. W pierwszej połowie lat 90. cegielnia przeszła w ręce prywatnego przedsiębiorcy, a niedługo po tym zniknęła z miejskiej przestrzeni.

 

Banderoza istniała do momentu rozpoczęcia prac przy najstarszym w mieście rondzie O nieistniejącej już karczmie przy ulicy Lipowej w Bełchatowie krążą legendy. Nie wszyscy tam bywali, ale wszyscy o niej wiedzieli. Banderoza, Mordownia i Na Kircholu to trzy nazwy knajpy, do której ponoć na koniach wjeżdżano. Zniknęła kilkadziesiąt lat temu, ale mieszkańcy wciąż o niej pamiętają.


Jedna ze starszych karczm w powojennym Bełchatowie mieściła się przy ul. Lipowej. Kiedy powstała – tego dokładnie nie wiemy. Jedno jest jednak pewne – w latach 60. i 70. często odwiedzali ją zarówno miejscowi, jak i przyjezdni. Jej koniec zbiegł się z budową pierwszego w mieście ronda, a było to na początku lat 80.


Ciekawe, że wyrazu banderoza nie odnotowują słowniki języka polskiego, ale na ogół kojarzy się ono z knajpą, która nie cieszy się dobrą sławą. Być może zapożyczono ją z popularnego w latach 60. westernu „Bonanza”, którego akcja często rozgrywała się na typowym dla Dzikiego Zachodu ranczu, zwanym Ponderosą. A jaka była bełchatowska Banderoza?


Przekraczając progi tego parterowego budynku ze spadzistym dachem i niewielkimi oknami z drewnianymi okiennicami, wchodziło się do innego świata. - Po całym dniu roboty kierownik zabrał nas do knajpy, w której mieliśmy coś zjeść. Od drzwi uderzała fala gęstego, ciężkiego dymu. Było ciemno, mroczno i ciasno. Naprzeciw wejścia rozciągał się średniej długości bufet, a za nim stała znużona kobieta. Zamówiłem to, co było, czyli kotlet mielony z chlebem. Niestety nie doniosłem go do stolika – opowiada jeden z bełchatowian, który dodaje, że takiej knajpy to i Bareja by się nie powstydził.

Początek listopada to czas zadumy i refleksji nad mijającym życiem.

 

Początek listopada to dla wielu z nas czas szczególny. Na krótko przed dniem Wszystkich Świętych warto się zatrzymać i wspomnieć tych, którzy już odeszli. W minionym roku pożegnaliśmy niezwykłych bełchatowian: Mariana Sobutkowskiego i Franciszka Zochniaka.

 

Dwaj Honorowi Obywatele Miasta Bełchatowa - choć działali na zupełnie różnych polach, to łączyło ich jedno: wielka miłość do wspólnej małej ojczyzny oraz gotowość do pracy na rzecz lokalnej społeczności. Takich ludzi jak trener Sobutkowski i porucznik Zochniak nigdy się nie zapomina. Żegnaliśmy ich ze smutkiem i żalem, ale też z wiarą, że to, co po sobie zostawili, nie zostanie zaprzepaszczone.

http://www.belchatow.pl/images/2018/sierpien/fotka_www.jpg

Tłem ich wielkiej miłości była wojna. On poszedł na nią jako ochotnik, ona jako sanitariuszka. Tak trzeba było. 15 sierpnia, w rocznicę Bitwy Warszawskiej, historię Nelly I Stefana Hellwigów znów przypomną sobie bełchatowianie.

 

Stefan przyszedł na świat w 1897 roku jako syn Alberta i Bronisławy z domu Janusz. Wykształcony, obyty w świecie przemysłowiec z Bełchatowa często odwiedzał w Warszawie brata Bronisława. Podczas jednej z wizyt poznał młodszą o 8 lat nauczycielkę rysunków Anielę Marię z Piętków, którą zdrobniale nazywano Nelly. Pierwsze spotkanie było jak rażenie piorunem. Od początku bez pamięci zakochani w sobie.

 

Gdy nadszedł sierpień 1920 roku, a wraz z nim niepokojące wieści ze stolicy, młodzi małżonkowie przebywali w bełchatowskim dworze. Przyjechali krótko przed Bitwą Warszawską. Planowali rozpocząć wspólne życie. Niestety, małżeństwo nie trwało długo.

 

 

Edward Kaczkowski, właściciel Bełchatowa, gdy ocknął się rano w powstańczym obozie, nie wszystko pamiętał, ale jego spotkanie z kapitanem Józef Oxińskim było niewątpliwie pamiętne. Ten drugi wspominał później, że był to jedyny przypadek pomocy polskiego szlachcica dla insurekcyjnego dzieła, jakiego doświadczył w całej swojej powstańczej działalności.

 

W pamiętnym na zawsze roku 1863, w dzisiejszym powiecie bełchatowskim, miało miejsce kilka godnych uwagi epizodów powstańczych. Jednym z nich było spotkanie właściciela Bełchatowa Edwarda Kaczkowskiego z dowódcą insurekcyjnej „partii”, kapitanem Józef Oxińskim. Jego opowieść pochodzi ze wspomnień, wydanych w 1939 roku:

 


Miasto Bełchatów

ul. Kościuszki 1, 97-400 Bełchatów; tel: +48 447335116, +48 447335115; email: um@belchatow.pl
www.belchatow.pl
Wydawca: Urząd Miasta Bełchatowa, ul. Kościuszki 1, 97-400 Bełchatów
Kontakt do redakcji: a.duda@um.belchatow.pl
Zespół redakcyjny: Aleksandra Duda - Andrzejewska, Anna Przydryga, Piotr Kurzydlak, Tomasz Kałużyński
 

Wszystkie prawa zastrzeżone - belchatow.pl 2020